To będzie...

Dziwna wiosna zapowiada się tej jesieni. Wiosna niepokoju, żalu i ulgi. Chciałbym napisać, że również nadziei, ale...
Właśnie te trzy odczucia mam w sobie, gdy patrzę na sto dziewięćdziesiąt pięć stron przede mną. Niepokój, co będzie, w różnych czasowych perspektywach - na razie, jest tylko pustka. Żal za tym, co mija, co nie wróci, co się nie zdarzyło i co się nie zdarzy. I ulga, że jednak się udało dobrnąć, choć droga była tak kamienista... choć jeszcze nie koniec, lecz widać schronisko...
To będzie dziwna wiosna.
Jedyna taka wiosna.
Ostatnia taka wiosna.
Tej jesieni.

Tydzień

Kolejny tydzień, kolejny niepokój... przecież powinienem już przywyknąć, a nie potrafię. Zastanawiam się, czy ten tydzień doprowadzi mnie bliżej końca, bliżej ostatniej kropki... czy też, będzie zamiast tego dalszym odwleczeniem i rozwleczeniem wszystkiego...
Tymczasem na zewnątrz, naokoło tego co teraz mnie wypełnia, co zaprząta moje myśli od rana do wieczora i od wieczora do rana... na zewnątrz czai się dorosła pustka...

Pomysł

Może lepiej
by mi było
nie być prawie
niż być trochę.

Może mnie nie ma?

Trzeba będzie zaraz dalej ciągnąć to, co się rozpoczęło. Im bliżej końca, im koniec wydaje się bardziej namacalny, tym więcej wkrada się w to pytania o to, co będzie potem. Jak głęboka i jak grząska szarość czeka mnie dzień po prezentacjach, gratulacjach, dłoni uściskach… jeżeli oczywiście dojdzie do tego, bo jeżeli nie… czeka mnie również szarość bezdenna, tyle, że przyprawiona porażką… ale niewielka to przecież różnica.

Na dno plecaka wrzucam wczoraj dwa kolejne kartonowe pudełka, pełne zawartości. I też czuję się w tym zagubiony. Jedno i drugie, żeby znów za miesiąc do miasteczka, żeby znów więcej, żeby zmieniać, żeby czekać… ale na co, na co? A może skorzystać z okazji… to dobra okazja, żeby skończyć, żeby przestać, żeby sobie powiedzieć: to nie ja i to nie dla mnie. Żeby też pozbyć się tajemnicy, bo po co mi ona?

Wreszcie szkoda, tak bardzo szkoda, że tyle już się przeżyło a nic się nie przeżyło. Zostaje tylko schować się w ciszy, trochę nosem popopciągać i brnąć dalej w szarość, w pustkę, słonecznego dnia…

Daleki świat za oknem

Jest noc, a ja nie bardzo spać mogę. Zbyt szybko dzisiaj wirował kołowrót zdarzeń i niepokojów. Zbyt szybko w każdym razie jak dla mnie...
Z łóżka wyciąga mnie jasny punkcik, widoczny za oknem. Zastanawiam się, czy to gwiazda... punkcik jest zbyt jasny. I nie mylę się. To tylko odblask latarni ulicznej. Ale na niebie rzeczywiście widać trochę bladych gwiazd... Na wprost widzę Wegę. Przyzwyczaiłem się przez lata ją tam widywać, gdy nie tkwi dumnie letnią porą nad głową... Więc chwilę patrzę. Dwadzieścia sześć lat świetlnych stąd...

Mój nadprzestrzenny statek za chwilę zaniesie mnie w krainy jeszcze dalsze niż świat Wegi z gwiazdozbioru Lutni...

Głowa

Głowa boli. A w głowie roją się marzenia o gwiazdach. By jak kiedyś zadrzeć głowę, rozpoznawać konstelacje, podziwiać mgławice, błądzić po planetach…

Ale tutaj, głowa boli, choć dzień pogodny. Znów w domu tkwienie, do znudzenia poprawianie, przerabianie, dorabianie. Cisza.

A w piątek… w piątek poszedłby ktoś w miasto, zaszaleć, popuścić wodze fantazji… bo w końcu to raz jednyny… ktoś, nie ja. Tak lepiej.

Stary grzyb

Przez tydzień właściwie nie opuszczam domu. Nikt na to nie zwraca uwagi. Nie jestem nikomu nigdzie potrzebny, nikt mnie nigdzie nie oczekuje, nikt nie pyta gdzie jestem. Siedzę, powoli pcham naprzód swój wyładowany kamieniami wagonik (ech, gdyby tak już końcowa stacja w zasięgu wzroku) i grzybieję powoli. Nawet nie bardzo jest po co dbać o siebie, o swój wygląd, o to jak mnie widzą inni, żeby nie było gorzej niż jest... nie ma innych przecież.

Wczorajszy, tłustkoczwartkowy wieczór spędzam zapuszczając grzybnię jeszcze bardziej w swoim pokoju. Goście w domu - z nimi nie mam już zupełnie nic wspólnego. Ani więzy rodzinne, ani wiek, ani zainteresowania, ani spojrzenie na świat. Więc chowam się, drzwi klinuję tym razem dwoma pięćdziesięciogroszówkami, a w uszy wtykam słuchawki. I czekam, aż sobie pójdą. A oni siedzą, godzinę, drugą, trzecią, pół czwartej...

I tak grzybieję, obrastam, przerastam, nie jak borowik, pieczarka, muchomor, ale jak zastarzała w ścianach pleśń...

Zepsułem wam humor... przepraszam... pewno  już tu nie wrócicie...